sobota, 15 czerwca 2013




Odkąd mieszkam po zachodniej stronie Paryża, każdego roku kiedy wiosna już na dobre się tu zadomowi, mam wielką ochotę jechać do znajdującego sie nieopodal miasteczka Louveciennes. Miasteczko to przeurocze posiada wiele zalet (marzy mi się kiedyś kupno domu tutaj albo w ścisłych okolicach) a zwłaszcza tę, że mieszkała w nim Anais Nin.
Wsiadam więc w samochód i jadę. Parkuję pod niegdysiejszym domostwem „amerykańskiej powieściopisarki” jak głosi tablica zamieszczona na jego murze, i oglądam, podglądam, przechadzam się. Choć Anais wyprowadziła się dawno, głowę daję, że można tam jeszcze poczuć jej obecność.  Niesamowity klimat.




Moja fascynacja postacią Anais Nin jest szczególna. Z jej prozy przeczytałam w całości jedynie „Szpiega w domu miłości” i to głownie dlatego, że uznano iż ta krótka powieść jest niemal autobiograficzna.  Z erotycznej „Delty Wenus” skubnęłam tylko początki kilku opowiadań, których styl pisarski, choć zawartość śmiała a miejscami szokująca, zbytnio jak dla mnie trącił myszką. Z największego, długiego jak jej życie, dzieła Anais- wydanych w siedmiu tomach „Dzienników”, znam jedynie nieliczne fragmenty.
 
Ulica Montbuisson, na której znajduje się dom
 Gdzie leży pies pogrzebany? Co skłoniło mnie do przekopania internetu w poszukiwaniu informacji o tej z jednej strony niepozornej, z drugiej obdarzonej niesamowitą charyzmą kobiecie, nie do końca utalentowanej literacko (uznaje się za prawdziwego pisarza tego, kto potrafi nie tylko ładnie opisywać swoje doświadczenia ale  na podstawie tych właśnie doświadczeń wymyślać historie fikcyjne) a wywierającej ogromny wpływ na środowiska artystyczne tamtych czasów, pruderyjnej a piszącej śmiałe opowiadania erotyczne, miłej żonki wydającej przyjęcia dla szefostwa męża w domku na przedmieściach a jedocześnie głownej postaci seksualnego wyzwolenia kobiet, ze zdjęć wyglądającej na niezbyt ładną a uznawanej za piękność, łamaczki serc i bigamistki, zakompleksionej córki niekochającego ojca, która to ojcowskie serce podbija na dobre ( i niekoniecznie w niewinny sposób w jaki może rozkochać w sobie ojca jego własna córka) kiedy skończy lat trzydzieści? 






Jeden z licznych starych domów na przepięknej ulicy Montbuisson. 
Ten akurat zamieszkany już tylko i wyłacznie przez przyrodę.
Tu chodzi właśnie o te kontrasty. Całe życie tej kobiety składa się z kontrastów, nieprzystających do siebie elementów, skrajności. Tak bardzo chciałam je zrozumieć, że czytałam biografie  Anais, tej o której pisano „wielka pisarka drugorzędna” i  „największa z pisarek najmniejszych”. I mimo tego ciągle nie rozumiem.

Anais bowiem żyła inaczej. Zdradzała mężą z kochankiem (Henrym Millerem) a kochanka z innym kochankiem (Gonzalo Moré), cały czas żyjąc z mężem, który niczego się nie domyślał. W tym czasie przez jej życie przewijali się też inni mężczyźni. Potrafiła utrzymać tę sytuację w sekrecie przez lata, wynajmując na koszt męża pokoje hotelowe, barkę na Sekwanie, która służyła jej nie tylko do  „spokojnego tworzenia” (jak sądził jej mąż Hugo Guiler) ale głównie do spędzania bardzo romantycznych wieczorów. No dobrze, to jeszcze ok, to już widzieliśmy u Simone de Beauvoir i jej amours contingents.

Anais grała rolę przykładnej żony oraz łudziła kochanków, dając każdemu z nich powody do wiary, że zostawi dla niego męża i pozostanie z nim na zawsze. Pieniądze na utrzymanie obu panów, którzy mienili się szczytnym mianem artystów (w przypadku Henry’ego Millera akurat słusznie) pracą zarobkową nieskalanych, szły często z kieszeni nieświadomego niczego męża Hugona, amerykańskiego bankiera. Tu akurat już nie bardzo rozumiem.

Mistrzowsko nakręcony film „Henry&June”
 na podstawie jednego z dzienników Anais. Bardzo polecam.
No nic, przyszła druga wojna i kres paryskich przygód Anais- w Europie robi się niebezpiecznie. ”Wierna” mężowi, wraca z nim do Ameryki.
W Nowym Jorku poznaje w windzie Ruperta Pole. Ma wtedy lat czterdzieści cztery, on jest od niej o szesnaście lat młodszy. Tę miłość od pierwszego wejrzenia przeżywa Anais również w całkowitym sekrecie przed mężem. Co więcej, tym razem o istnieniu mężą nie wie nawet kochanek. Po kilku latach kursowania między Nowym Jorkiem a Kalifornią, gdzie mieszka Rupert, niby w podróżach „do przyjaciół”, Anais pod presją jego rodziny wychodzi za mąż bez rozwodu. Ma teraz dwóch mężów w dwóch róznych stanach USA. Tego nie rozumiem zupełnie. Jak ona to zrobiła, jak utrzymywała taką sytuację przez lata?
Z jaką świadomością nawoływała kobiety do wyzwolenia się ze szponów małżeńskiej rutyny, do tego, by brały z niej przykład i nie wahały się żyć inaczej, podczas gdy przez całe jej życie za tę jej wolność, barkę na Sekwanie, imprezy, podróze, płacili, nieświadomi niczego, obaj jej mężowie?
Jak się czuła gdy na przekór wszystkim (zarówno mąż Hugo Guiler, który całkiem naturalnie przypisywał sobie ojcostwo, jak i prawdopodobny ojciec dziecka Henry Miller, pragnęli, by je urodziła) dokonała aborcji w szóstym miesiącu ciąży, wydaliła martwy płód-dziewczynkę, której się dokładnie przyjrzała i poświęciła kilka linijek swojej tworczości?
No i jak , po prostu jak to się stało, co siedziało w jej głowie że, w wieku lat trzydziestu czterech, nawiązując ponownie kontakt z własnym ojcem, cholerycznym katalońskim kompozytorem Joaquimem Ninem, uwodzi go i dokonują wspólnie aktu kazirodztwa? Romans z ojcem również trwa przez jakiś czas.

Zakłamanie Anais wydaje się olbrzymie a jej życie w tym zakłamaniu nieprawdopodobne. Do tego dochodzi pruderyjna matka, której obecność i dobre zdanie o córce bardzo się dla Anais liczą. Gdy wychodzą jej pierwsze tomiki, pisarka uspokaja zszokowaną rodzicielkę kłamiąc, że na ich zawartość składają się historie ludzi, którym robiła psychoanalizę pracując z psychiatrą Otto Rankiem (który, nota bene, zaliczał się do grona jej kochanków) aby czasem matka nie myślała, że zrodziły się one w głowie jej córki.  


Nie rozumiem i mogę się tylko domyślać, że w całym tym bałaganie Anais rozpaczliwie szukała siebie, stwarzając coraz to nowe komplikacje. Nawarstwiające się kłamstwa były rodzajem ochrony najbliższych przed cierpieniem, które spowodowałyby u nich jej wybryki. Prawdopodobnie należała do ludzi, którzy nie potrafią żyć ustalonym przez społeczeństwo torem, a w jej czasach w przypadku kobiet było to wręcz niedozwolone i niemożliwe. Ale ona nie potrafiła inaczej, jej „demony” były silniejsze od niej samej. A może nawet nie starała się im przeciwstawić? Część jej dzienników, które zresztą nieustannie przepisywała i poprawiała aby stworzyć jak najlepszy obraz swojej osoby, wydała dopiero po śmierci matki. Prawowity mąż Hugo Guiler dowiedział się o istnieniu Ruperta Pole dopiero po śmierci samej Anais! A dożyła ona słusznego wieku lat siedemdziesięciu trzech.


W taki to sposób postać Anais jest sprzeczna sama w sobie a jej życie tylko tę sprzeczność potwierdza; zbiegiem hisotrycznych przypadków ta, która nigdy nie miała do końca odwagi na rzeczywiste wyemancypowanie się spod mężowskiej protekcji i zdobycie upragnionej prawdziwej wolności bez uciekania się do zdrad i kłamstw, stała się główną bohaterką feministek i ruchów wyzwolenia kobiet w Ameryce lat siedemdziesiątych. Jako pierwszy człowiek rodzaju żeńskiego miała odwagę nie tylko prowadzić życie składające się z poszukiwań własnej satysfakcji (seksualnej i innej) ale również o tym pisać. Nie jestem pewna, czy my, kobiety żyjące w dzisiejszej Europie jesteśmy w stanie zrozumieć sens działań Anais Nin, dzięki którym możemy aspirować do tej wolności, o której ona zawsze marzyła, bez większych problemów

A dom w Louveciennes stoi, piękny, stary, ozdobiony pamiątkową tablicą. Dziś jest zamieszkany więc
wstęp do niego naturalnie zabroniony. Stojąc pod jego oknami słyszę dochodzący z jednego z pokoi
płacz niemowlęcia. Duch Anais snuje się wraz ze mną przed zamkniętą bramą.  

Copyright Anais Nin Trust






3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy wpis, dziękuję za przypomnienie mi tej postaci. Czytałam tylko Deltę Wenus, nie znam jej Dzienników, ale ponieważ bardzo cenię Henry'ego Millera, to chyba czas najwyższy się z nimi zapoznać? Co do utalentowania... jedni mają talent do wymyślania, inni do opowiadania samego siebie i swoich najbliższych...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z Czarą - bardzo ciekawy wpis. Ja niestety nie znałam tej postaci i muszę przyznać, że budzi we mnie sprzeczne uczucia, a jej biografia na pewno nie pozwoliłaby mi spać spokojnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesłychana historia, zaraz zajrzę do biblioteki. Fascynują mnie takie postacie i są znakomitym usprawiedliwieniem dla namiętności zycia. Ja też mam w głowie szaleństwa, a wokół takie prowincjonalne zycie, czuję sie winna, ze osmielam w ogóle myśleć o różnych sprawach.

    OdpowiedzUsuń